We Wrocławiu miasto wynajmuje stadion samo sobie. W normalnych warunkach rynek wyceniłby taki najem na symboliczną złotówkę. Tymczasem Śląsk Wrocław płaci, żeby stadion mógł dalej tracić i odwrotnie, a miejskie spółki sponsorują klub przez loże VIP i tajemnicze umowy. Efekt? Dwie spółki miejskie na permanentnej kroplówce, a rachunek pokrywają mieszkańcy. Ten układ to nie jest strategia tylko samorządowy sabotaż.
Gmina Wrocław jest jednocześnie właścicielem klubu Śląsk Wrocław oraz stadionowej spółki Tarczyński Arena. To układ, który na papierze miał zapewnić synergię i profesjonalizację. W rzeczywistości doprowadził do chaosu finansowego, wzajemnych roszczeń i systemowego marnotrawstwa pieniędzy publicznych.
Stadion kosztował około 900 mln zł, a jego utrzymanie to rocznie 63,4 mln zł (w tym amortyzacja ~19 mln zł). Klub w latach 2012 – 2017 płacił czynsz w wysokości ok. 3 mln zł rocznie, nie mając nawet udziału w strefach VIP. Dopiero od 2018 roku całość zysków z biletów z dnia meczowego zaczęła trafiać do Śląska, ale klub nadal ponosi koszty stałego czynszu dzierżawnego. Do 2018 roku klub grał na własnym stadionie niczym najemca na ścisłych warunkach, bez realnej kontroli i bez korzyści. A gdy zaczęło brakować pieniędzy, miasto dotowało raz stadion, raz klub. Samo sobie.
ZAROBEK Z DNIA MECZOWEGO? A KOMU TO POTRZEBNE?
Obowiązująca umowa dzierżawy zakłada, że Śląsk płaci stały, ryczałtowy czynsz szacowany na 1 – 1,5 mln zł rocznie niezależnie od tego, ilu widzów zasiądzie na trybunach. Klub otrzymuje całość wpływów z biletów i dnia meczowego, ale przy średniej frekwencji poniżej 18 tysięcy trudno mówić o zyskach. Stadion jako spółka miejska nie dzieli przychodów, a klub, mimo że jest obciążony kosztami nadal funkcjonuje w warunkach, w których wszelkie straty finansowe obu stron zasypywane są miejskim budżetem.
Efekt? Śląsk ponosi całość kosztów organizacyjnych, a stadion – choć też publiczny – nie dzieli ryzyka. Żeby było jeszcze śmieszniej, Śląsk nie zarabia nawet na cateringu podczas meczów. Nie ma też żadnego wpływu na to kto i czym karmi kibiców podczas meczów. To miejski układ, w którym oba podmioty tracą, a i tak na końcu wszystko zasypuje budżet miasta.
PÓŁ MILIARDA W BŁOTO
Tylko w latach 2017 – 2022 oba podmioty otrzymały ponad 255 mln zł wsparcia z miejskiej kasy. Co roku od 23 do 50 mln zł na stadion i średnio 13 – 16 mln zł dla klubu. W kolejnych latach skala dofinansowania jeszcze wzrosła.
W 2023 roku miasto przekazało łącznie około 66 mln zł. 17 mln zł dla Śląska (13 mln dotacji i 4 mln dokapitalizowania) oraz blisko 49 mln zł dla stadionu. W 2024 roku zaplanowano kolejne 21 mln zł na Śląsk i 47 mln zł na stadion, a w budżecie na 2025 pojawiło 19 mln zł dla klubu i około 40 mln zł dla areny. Do tego należy doliczyć jeszcze 5 mln dotacji, którym ratowano klub w grudniu 2025, kiedy klubowa kasa świeciła pustkami przez przeciągający się w nieskończoność proces prywatyzacji.
Łącznie w latach 2020 – 2025 obie spółki otrzymały dokładnie 372,52 mln zł wsparcia publicznego. Do tego możemy dorzucić kolejne 10 mln złotych, które miasto zdążyło przekazać Śląskowi już w pierwszych dniach 2026 roku, żeby ratować finanse klubu po kolejnym nieudanym procesie prywatyzacji.
Woda z miejskich pieniędzy krąży między kranami. MPWiK, ZOO i Aquapark wszystkie wspierały Śląsk przez tzw. usługi marketingowe. Brzmi poważnie, choć często oznaczało to jedynie loże VIP na stadionie i niejasne umowy.
WROCŁAW SAM SIĘ WYSTAWIA
Gdańsk, Poznań, Warszawa czy Kraków też mają miejskie stadiony. Ale wszędzie tam albo czynsze były renegocjowane, albo kluby dzierżawią obiekt na rynkowych warunkach. W Poznaniu Lech sam zarządza stadionem i płaci minimalny czynsz. W Krakowie Wisła płaci tylko za mecze. Tylko we Wrocławiu funkcjonuje patologia, gdzie miasto najpierw winduje czynsz klubowi, by potem go dofinansować, by ten spłacił czynsz… miastu. Spośród porównywanych modeli to właśnie poznański układ, gdzie klub sam zarządza stadionem wydaje się najbliższy racjonalnemu kompromisowi między kosztami, a kontrolą.
STADION WROCŁAW JAK STUDNIA BEZ DNA
Obiekt, który miał zarabiać, jest w rzeczywistości maszynką do połykania pieniędzy. Nawet rekordowy sponsoring od firmy Tarczyński w wysokości 30 mln zł za 6 lat nie pokryje dziury, która rokrocznie powstaje. Po odjęciu kosztów finansowych stadion generuje ok. 32,72 mln zł straty rocznie (dane za 2024 r., wg sprawozdania spółki). To nie stadion dla ludzi. To pomnik pychy i księgowości bez wyobraźni.
CZAS NA DEMONTAŻ UKŁADU
Wrocławski model to nie jest zła polityka sportowa tylko wieloletni, systemowy sabotaż finansów publicznych. Miasto, które jednocześnie jest właścicielem i odbiorcą usług, prowadzi grę, w której każda strata trafia do tej samej kasy. Dopóki stadion i klub nie zostaną rozdzielone organizacyjnie lub finansowo, żaden prezydent, trener, inwestor ani sponsor nie uratuje tego klubu. Największy problem polega na tym, że niestety, ale władzom Śląska Wrocław już dawno przestało chodzić o sport… i tylko kibiców… oraz publicznych pieniędzy szkoda.